Podroz, ktora miala byc koszmarna (wyboje, 9 godzin + w ciasnym busie, upal itd) okazala sie byc fantastycznym przezyciem! Jechalismy ze srednia predkoscia 40 km/h przez najwspanialsze i najdziksze gory jakie kiedykolwiek zdarzylo mi sie widziec. Ogromnr roznice poziomow, kilometry gor nietknietych cywilizacja; pojawiajace sie kolejne pasma, najblizej zielone, potem ciemniejace do granatowego i na koncu niebieskie, i szare.
CZasami na brzegu drogi pojawiala sie wioska: kilka do kilkunastu chalupek umocowanych na palach, wyjscie na ulice bylo ok, a druga czesc domu wiszaca juz kilka metrow nad urwiskiem. Wioseczki doslownie "przyklejone"
Kiedy mowie "swinki" to nie tylko z sympatii do kotletow. Wszystko tutaj jest malutkie: swinki, pieski, nawet koniki wielkosci naszych kucykow i krowki wielkosci cielaczkow. NAwet ludzie sa bardzo drobni a dzieci po priostu malenkie. To dlatego, ze zywia sie tylko liscmi i bambusem.
I my wrocimy takie same ( w kazdym razie na to liczymy :))))
Probowalysmy zjesc mieso; na postoju autobusu KAsia kupila sobie kurczaka, ktory po blizszym obejrzeniu i probie zjedzenia wydawal sie byc szczurem
Wieczorem nadal bylo atrakcyjnie, we wsiach plonely ich specyficzne oszczedne ogniska a cala ludnosc gromadnie dokonywala ablucji na golasa wzdloz drogi przy wszystkich dostyepnych ujeciach wody. Wygladali cudownie w swietle zachodzacego slonca myjac sie calymi rodzinami, brazowi i blyszczacy ....
No comments:
Post a Comment